Polska energetyka węglem stoi i długo się to nie zmieni

W dobie nasilającej się presji politycznej na dekarbonizację globalnego systemu energetycznego Polskę zwykliśmy postrzegać jako węglowego raroga Europy, bo rzeczywiście - przynajmniej w grupie 28 członków Unii Europejskiej - nikt nie ma 80-procentowego udziału węgla w produkcji energii elektrycznej. I nikt w tym gronie nie domaga się - inaczej niż Polska - uszanowania roli węgla na forum międzynarodowym.

5b98a51d844cf083418c7193dcee292b XL

Czy to jednak oznacza, że węglowa Polska stanowi dziwaczny lub anachroniczny wyjątek? Szczególnie, gdy w świetle faktów spojrzymy na europejski oraz globalny system energetyczny? Przyjmijmy za punkt odniesienia wiarygodne raporty i zestawienia, których corocznie dostarczają tak uznane i bezstronne pod względem sympatii dla poszczególnych źródeł energii i paliw instytucje, jak Międzynarodowa Agencja Energetyczna w Paryżu (IEA), amerykańska federalna Agencja Informacji Energetycznej (EIA), Bank Światowy, Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) czy nawet Biuro Informacji Statystycznej UE (Eurostat). Okaże się, że jako kraj wybitnie węglowy należymy do najliczniejszej w światowej energetyce rodziny ok. 70 państw z zasobami, wydobyciem i konsumpcją węgla kamiennego lub brunatnego.

Średnio na całym świecie węgiel zajmuje 41 proc. udziału w miksie energetycznym.

Odpowiada też za połowę globalnej elektryfikacji, to znaczy nowych przyłączeń do sieci elektrycznych, zwłaszcza w Azji i Afryce. Dzięki węglowi w ok. 50 proc. udało się zmniejszyć liczbę mieszkańców Ziemi pozbawionych dostępu do prądu (z ok. 1,7 mld do 1,1 mld) zaledwie w ciągu kilkunastu lat od początku XX w.

Wysoki udział węgla w miksie Polski (w którym blisko połowę stanowi węgiel brunatny spalany w największych blokach energetycznych na to paliwo na kontynencie w Bełchatowie) idzie w parze z szokującym bogactwem surowcowym: nikt w Unii Europejskiej nie ma bowiem w swych granicach aż 4,7 mld ton zasobów węgla kamiennego, czyli aż 85 proc. rezerw UE, szacowanych w sumie na 5,6 mld ton. Kolejne węglowe państwa to dla porównania Wielka Brytania, Hiszpana i Czechy (od 251 do 212 mln ton), potem dopiero Niemcy (109 mln ton) oraz Irlandia, Węgry, Rumunia, Portugalia, Bułgaria i Słowacja (odpowiednio od 1 do 2 mln ton).

Po drugie, bardzo wysoką pozycję paliw stałych w miksach energetycznych mają w UE niewytykane za „węglowość” Estonia (78,5 proc.), Grecja (72,5 proc.), Czechy (58 proc.), Irlandia (48,3 proc.), Bułgaria (45,3 proc.). A hołubione jako prymus OZE w Unii Niemcy w 2014r. produkowały z węgla 36,8 proc. energii elektrycznej. Ale w zeszłym roku wskaźnik ten przekroczył już 43 proc. (18,2 proc. z węgla kamiennego i 25 proc. z brunatnego)!

Przypomnijmy, że według najnowszych zapowiedzi ministra energii Krzysztofa Tchórzewskiego około 2050r. udział węgla w polskim miksie ma zmniejszyć się do ok. 50 proc. Drugą połowę stanowić będą gaz, atom, hydroenergetyka i oczywiście OZE, które rozwijamy planowo, zgodnie z harmonogramem unijnym.

Tej wielkości (30 proc.) redukcję rozwinięte kraje Zachodu osiągały stopniowo już od lat 60. XX w., kiedy w bloku sowieckim nikt nie mógł marzyć o samodzielnym planowaniu kwestii energetycznych.

Imponująco zatem odszedł od węgla Luksemburg, gdzie ponad pół wieku temu wytwarzano w elektrowniach węglowych aż 97,8 proc. prądu. W tym samym czasie (1960-2015) słabsze tempo dekarbonizacji osiągnęły, m.in. Francja (36,5 - 2,2 proc.), gdzie jednak energia atomu monopolizuje miks na „węglowym” polskim poziomie aż 82,8 proc., Belgia (85,4 - 6,3 proc.), Finlandia (29,7 - 13,3 proc.), Wielka Brytania (81,1 - 22,9 proc.), Dania (71,6 - 24,2 proc.), Irlandia (53,3 - 26,1 proc.), Holandia (79,7 - 37,3 proc.) a poza Unią Europejską - np. Australia (74.4 - 63.6 proc.) czy USA (53,9 - 34,3 proc.).

Lecz najdziwniejsze, że trend redukcyjny nie jest bynajmniej powszechny ani obowiązujący! Otóż liczące się gospodarki Europy i świata w wielu przypadkach (bardziej lub mniej znacząco) nie tylko nie zmniejszały procentowo spalania węgla do produkcji prądu, ale przeciwnie - zwiększały je między 1960 a 2015r. Mianowicie: Japonia (z 32,2 do 34 proc.), Portugalia (z 1,1 do 28,9 proc.), Hiszpania (z 12,9 do 19,7 proc.), Włochy (z 3,8 do 16,6 proc.), Kanada (z 3,4 do 8,6 proc.), a nawet śladowo Szwecja (z 1,1 do 1,2 proc.) czy Norwegia (od zera do 0,1 proc.).

Na przykładzie biedniejszych krajów Południa bardzo wyraźnie zarysowuje się prawidłowość, że dynamicznie przyspieszony rozwój ekonomiczny opierał się na gwałtownym przyroście węgla w miksach energetycznych. Działo się to również w najbardziej elitarnym i antywęglowym klubie europejskim UE.

Identyczna zasada króluje dzisiaj w przypadku azjatyckich lokomotyw, jak Chiny czy Indie, które odpowiadają obecnie za grubo ponad połowę światowego wydobycia węgla kamiennego. Przez kilkadziesiąt najbliższych lat (niektórzy szacują, że co najmniej do końca stulecia) nie będą mogły rozwijać się bez elektrowni węglowych, a także węgla koksującego (niezbędny do produkcji 70 proc. światowego wolumenu wyrobów stalowych), węgla do budownictwa (200 kg węgla potrzeba do powstania każdej tony cementu), ogrzewnictwa, chemii i celów bytowych. Globalnie w wielkościach bezwzględnych przyrost wydobycia wypada oszałamiająco. Produkcja podwoiła się od 2000r., przekraczając 7 mld ton rocznie i według prognoz będzie nieprzerwanie rosła z powodu zwiększającego się o 2,5 do 3 proc. rocznie zapotrzebowania na energię (głównie w Azji i państwach rozwijających się na całym świecie).

Polska z wydobyciem na poziomie 70 mln ton węgla kamiennego rocznie plasuje się ciągle w dziesiątce największych światowych producentów tego surowca. Natomiast Unia Europejska - narzucająca dekarbonizację nie tylko na własny użytek, lecz także na skalę globalną - jest jednocześnie drugim na świecie największym po Chinach importerem węgla (170-200 mln ton rocznie).

Przy tym ani - paraliżowane gdzie indziej - wydobycie, ani rosnące szokująco emisje gazów cieplarnianych nie stanowią politycznego problemu, o ile np. dopuszcza się ich nasz najbogatszy sąsiad - Niemcy (kraj ten jest rekordzistą świata w produkcji „brudniejszego” węgla brunatnego). Łączne wydobycie węgli obu typów wyniosło w Niemczech w 2016r. 177 mln ton i stanowiło 28 proc. w Europie, gdy w „węglowej” Polsce odpowiednio 131 mln ton i 20 proc.

Najistotniejszym powodem, dla którego fakty gospodarcze wygrywają z polityczną narracją, są stabilne i pewne dostawy paliw w celu pokrycia potrzeb energetycznych danego państwa. Statystyczne polskie zużycie energii elektrycznej raczkuje w odniesieniu do średniej unijnej, która jest dwukrotnie wyższa. W Polsce w związku z najlepszą w UE dynamiką wzrostów PKB oraz planami rozwoju ekonomicznego, zapotrzebowanie na energię elektryczną rosnąć ma w najbliższych latach lawinowo. Według szacunków Ministerstwa Energii od zeszłego roku potrzeby energetyczne wzrosły w kraju o znacznie ponad 2 proc., a popyt na elektryczność będzie jeszcze przyspieszać w przyszłości. W ciągu 5 lat Polska musi odnowić w nowo uruchamianych blokach ok. 5-7 GW mocy zainstalowanej, ponieważ stare jednostki generujące elektryczność mają po kilkadziesiąt lat, emitują niedopuszczalne obecnie ilości dwutlenku węgla, mają zbyt niską sprawność spalania (choć przyzwoitą np. w porównaniu do amerykańskiej, bo ok. 37 proc.) i ze względu na zużycie techniczne muszą zostać wycofane. Deklaracje resortu są jednoznaczne: wydobycie w polskich kopalniach nie może już maleć, zmniejszał będzie się jedynie udział stosunkowy węgla jako źródła energii elektrycznej w krajowym systemie.

Szczególnie groźnym przypadkiem niedoborów energii są blackouty, czyli awaryjne zaniki napięcia w sieci na większym obszarze.

Powodują nieprzeliczalne straty gospodarcze i kryzys, paraliżując produkcję przemysłową, usługi i życie mieszkańców. Stały się one realnym zagrożeniem dla całej europejskiej sieci elektroenergetycznej, której działanie zostało rozchwiane gwałtownym i nieprzygotowanym wprowadzeniem źródeł odnawialnych w energetyce wiatrowej.

Nawet gdybyśmy zechcieli kupować niezbędne do generacji paliwo, polskie terminale portowe są w stanie przepuścić w ciągu roku tylko ok. 30 mln ton węgla. A gdybyśmy postanowili imitować bardzo zamożny i mikroskopijny Luksemburg, importując niemal cały niezbędny prąd elektryczny, to okaże się, że i tak nie ma linii przesyłowych i interkonektorów, zdolnych energię tę do Polski przesłać. Nie ma też żadnych gwarancji, że konieczna krajowi energia byłaby za granicą dostępna, zwłaszcza w szczytach zapotrzebowania na elektryczność, które mniej więcej pokrywają się w czasie na całym kontynencie. Koszt zbudowania nowej infrastruktury importowej elektryczności wyniósłby kilka do kilkunastu miliardów złotych. Byłby zatem porównywalny do wielkości inwestycji w stawiane obecnie nowoczesne bloki węglowe w Polsce.

Kupując za granicą Polska zniweczyłaby jednak jeden z najlepszych w UE wskaźników niezależności energetycznej (4. pozycja za Rumunią, Estonią, Danią) na poziomie ponad 25 proc. Wskaźnik ten pokazuje stosunek energii importowanej do zasobów produkowanych u siebie i zgromadzonych we wszelkiego rodzaju magazynach energii. Dla porównania Niemcy (jak Węgry i Słowacja) zmuszone są kupować za granicą ponad 60 proc. energii, Francja, Wielka Brytania i Finlandia prawie 50 proc., a wskaźnik Włoch, Litwy, Belgii, Irlandii przekracza 75 proc.

Import energii pierwotnej przez państwa UE-28 wynosi ok. 881 mln ton przeliczeniowych więcej niż jej eksport. Największymi importerami netto energii pierwotnej były zasadniczo państwa członkowskie UE o największej liczbie ludności, z wyjątkiem Polski (gdzie nadal istnieją rodzime rezerwy węgla).

Osobnym argumentem na rzecz wykorzystania węgla w energetyce, są jego relatywnie najniższe koszty w generacji elektryczności.

Istnieją rozmaite wyliczenia i ujęcia kosztów generacji energii elektrycznej (m.in. z uwzględnieniem kosztów inwestycyjnych i amortyzacji projektu przez kilkadziesiąt lat), w których węgiel zawsze plasuje się jako najtańsze relatywnie źródło. Przeciwne wnioski głoszą jedynie organizacje obrońców klimatu, które dowolnie kreują i rozdymają w swych szacunkach do niebotycznych rozmiarów sferę tzw. kosztów zewnętrznych (m.in. np. koszt absencji w pracy z powodu chorób dróg oddechowych wskutek wdychania powietrza, przy założeniu, że cząstki zanieczyszczeń pochodzą ze spalania węgla w danym kraju, a masy powietrza tkwią nieruchomo nad granicami państw). Oczywiście groźba szkodliwych emisji przy spalaniu paliw stałych nie podlega dyskusji i nie jest kwestionowana również przez sektor energetyczny, który potrafi zarazem przeciwstawić im skuteczne obecnie technologie redukowania emisji. Wyjątkiem pozostają emisje dwutlenku węgla, który niestety zaczął być traktowany na równi, a nawet surowiej, niż toksyny i pyły przez zwolenników antropogenicznej teorii ocieplenia klimatu.

Dlatego m.in. przeszkodą, której Polska nie będzie w stanie pokonać samodzielnie, są wymyślane przez Komisję Europejską i polityczno-ekonomiczny establishment UE normy emisyjne, np. BAT, które winduje się do poziomów niedostępnych dla paliw stałych, a nawet dla starszych instalacji gazowych. Mimo problemów związanych z restrukturyzacją branży górniczej polska energetyka - według oceny resortu energii - korzysta z krajowej renty produkcyjnej.

To znaczy, że koszt wytworzenia paliwa w węglu przez polskie kopalnie kontrolowane przez Skarb Państwa jest obecnie niższy od poziomów światowych.

Dzięki długoterminowym kontraktom na dostawy dla elektrowni i stabilizującej się polityce energetycznej (m.in. tzw. integracja branż górniczej i wytwarzania energii) oraz państwowej własności strategicznych podmiotów gospodarczych, kopalnie dostarczają paliwo taniej, niż według obecnych wycen rynkowych na świecie. W ciągu roku Polska oszczędza w ten sposób ok. jednego miliarda złotych na cenie paliw. Konieczne jest jednocześnie takie prowadzenie kopalń, by gwarantowały wydobycie na poziomie konkurencyjności, który pozwoli bezpiecznie przetrwać regularne w sektorze surowców wahania koniunktury i spadki cen węgla w przyszłości.

Bazując na analizie potrzeb energetycznych Polski minister energii Krzysztof Tchórzewski stwierdził m.in.: - Nie wstąpiliśmy do Unii Europejskiej po to, żeby upaść gospodarczo, tylko żeby uczestniczyć we wspólnym rynku i uzyskać możliwość rozwoju.

Szef resortu uważa, że Polska przy pomocy inwestycji w energetykę jądrową zdoła przekonać politycznych przeciwników węgla w UE do wyliczania średniego poziomu emisji dla kraju lub w regionalnym ujęciu, a nie dla poszczególnych jednostek energetycznych. Trwają w tej sprawie nieformalne rozmowy w Brukseli. Ich sukces zapewni węglowi przez co najmniej kilkadziesiąt lat spokojną przyszłość, na którą zasługuje.